[referat] 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa i sojusznicy

Moderator: Mike

Awatar użytkownika
Mike
Marszałek
Posty: 12005
Rejestracja: ndz 10 paź, 2004 10:29 pm
Lokalizacja: Poznañ

[referat] 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa i sojusznicy

Post autor: Mike »

Mamy już pewien poślizg z pracami kwartalnymi, więc, by nie tracić czasu, postanowiłem wrzucić poniżej jedną z przyczynkarskich prac, które sobie dłubię na boku.


Współpraca 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej z sojusznikami podczas operacji „Market – Garden”. Próba oceny.


Wstęp

1. Samodzielna Brygada Spadochronowa, pierwsza w historii Wojska Polskiego wielka jednostka desantu powietrznego, wciąż nie może się pochwalić w swej historiografii poważną i solidną monografią obejmującą wszelkie aspekty jej dziejów. Oprócz nie opracowanych wręcz zagadnień broni i barwy, okresu szkolenia w Anglii latem 1944 roku czy też szczegółów walk konkretnych pododdziałów pod Arnhem, wspartych wnikliwą kwerendą archiwalną, czytelnika razi wprost „biała plama” w materii stosunków między polskimi spadochroniarzami, a ich w operacji „Market – Garden” aliantami- Brytyjczykami i Amerykanami. Niewielkim pocieszeniem jest tu bardzo stereotypowa, powielana w zasadzie historia konfliktu dowódcy brygady, gen. Stanisława Sosabowskiego między starszymi oficerami brytyjskimi, znajdująca się chyba w każdej pracy dotyczącej udziału Polaków w największej operacji powietrzno desantowej w historii. Pozostałe zagadnienia- relacje między młodszymi oficerami, podoficerami, szeregowymi, bądź też opis i ocena wspólnych działań bojowych, wydają się być dotychczas nietkniętymi. Niedługi czas walk niewiele tłumaczy. O ignorancji w korzystaniu z prac (o źródłach nie wspominając) brytyjskich oraz amerykańskich nie wspominając.
W poniższej pracy, mającej być jedynie przyczynkiem do szerszych badań, zawęzimy pole badawcze tylko do trwania samej operacji, tj. od 17 do 26 września 1944 roku. Spróbujemy przyjrzeć się nieco bliżej współdziałaniu (bądź jego brakowi) 1. SBS z brytyjską 1. Dywizją Powietrzno Desantową, brytyjskimi jednostkami XXX Korpusu: Dywizją Pancerną Gwardii oraz 43. Dywizją Piechoty Wessex, a także amerykańskimi dywizjami powietrzno desantowymi: 82. All American i 101. Screamin` Eagles.
Jak układały się stosunki między sojusznikami? Czy współpracując osiągnięto jakieś pozytywne efekty? Pokuśmy się o krótką, zwięzłą analizę i ocenę.


Brytyjska 1. Dywizja Powietrzno Desantowa

Polska brygada, operacyjne podporządkowana większej jednostce brytyjskiej, stała się w czasie akcji w zasadzie dodatkową czwartą brygadą wchodzącą w jej skład. Stąd też najwięcej Polacy stykali się z Czerwonymi Diabłami, razem z nimi dzielili niedolę „kotła” w Oosterbeek na przedmieściach Arnhem, wreszcie- to im właśnie Polacy szli na odsiecz.
Poczynając od najwyższego szczebla, można powiedzieć, że między polskim generałem Sosabowskim, a jego brytyjskim bezpośrednim zwierzchnikiem, generałem Robertem Royem Urquhartem, szfem sztabu dywizji Charlesem MacKenzie a także brygadierami 1. DPD- Geraldem Lathburym, Phillipem Hicksem i Johnem Hackettem, nie znajdujemy antagonizmów czy nawet zdecydowanej wrogości, jak to miało miejsce w drugiej połowie 1944 roku w przypadku dowódcy brytyjskiego I. Korpusu Powietrzno Desantowego, gen. Fredericka Boy Browninga.
Już od czasu przygotowań do operacji „Comet” i „Market – Garden” gen. Urquhart starał się godzić obowiązki brytyjskiego oficera i oficera- zwierzchnika sojuszniczych Polaków. Poczciwy Szkot musiał balansować między wymagającym oraz zarozumiałym Browningiem, a zdecydowanym, hardym Sosabowskim. Można zaryzykować stwierdzenie, że w sprawach dotyczących taktyki wojsk powietrzno desantowych traktował Urquhart podkomendnego jako nauczyciela W czasie samej akcji obaj dowódcy nie spotkali się; Urquhart walczył ze swą dywizją na północnym brzegu Renu, Sosabowski na południowym. W zasadzie jedynym akcentem ich kontaktów podczas boju była wizyta w Driel, w kwaterze Sosabowskiego, szefa sztabu Urquharta, pułkownika Charlesa Mackenzie. Przepłynął Ren, by przekazać prośbę Roya o przeprawienie możliwie największej liczby spadochroniarzy polskich w celu wzmocnienia okrążonych Brytyjczyków. Mimo trudności sprzętowych, zbierając 6 małych tratw gumowych (tzw. dinghy) leżących na zrzutowisku, a później korzystając z łodzi XXX Korpusu, Polacy dwukrotnie podjęli się niebezpiecznej i karkołomnej przeprawy przez ostrzeliwaną rzekę.
Pozostali wyżsi oficerowie dywizji, w przeciwieństwie do Roya „rasowi” spadochroniarze sprawnie współpracowali ze Sosabowskim, jednakże, tak jak Urquhart, nie mieli podczas bitwy okazji stanąć z Polakiem nad sztabową mapą. Generalnie ich dobre wrażenie wyniesione z okresu wspólnych przygotowań do operacji pozostało pozytywne, a nawet serdeczne, jak w przypadku brygadiera Hacketta, mówiącego o Sosabowskim jako swoim bardzo dobrym przyjacielu.
O ile przebieg sytuacji na polu bitwy sprawił, że kwatery główne obydwu jednostek funkcjonowały oddzielnie, to pewna liczba Polaków walczyła ramię w ramię z Brytyjczykami.
Przyjmując kryterium chronologiczne, to w dniu „D” (17 września) wraz z głównymi siłami 1. DPD lądowało około 10 Polaków- oficerowie łącznikowi (wśród nich słynny kpt. Ludwik Zwolański, który przepłynął dwukrotnie Ren), radiooperatorzy i korespondenci wojenni.
18 września lądowało 10 szybowców desantowych z Polakami z dywizjonu artylerii przeciwpancernej i ich sprzętem (przede wszystkim 5 dział kal. 57 mm). Na rozkaz dowódcy dywizji sprawnie uformowali oni pozycje obronne w pobliżu jego kwatery głównej, tocząc walki z niemiecką bronią pancerną, piechotą i strzelcami wyborowymi.
19 września przybył II rzut szybowcowy, w sile 35 szybowców załadowanych żołnierzami, działami przeciwpancernymi, lekkimi pojazdami, sprzętem saperskim, łącznościowym. Tu spotkała ich niemiła niespodzianka. Brytyjski 10. batalion spadochronowy, mający ochraniać lądowisko, spychany pod ostrzałem Niemców, zbliżył się blisko do lądujących w samym środku bitwy Polaków. Wywiązała się omyłkowa strzelanina. Brytyjczycy tłumaczą to nierozpoznanym kolorem beretów, Polacy obwiniają brytyjskie „come on!” (chodźcie) podobne do niemieckiego „komm”. Prawda leży zapewne gdzieś po środku i cała sytuacja była pochodną zamieszania i chaosu pola bitwy.
Do nocy z 22 na 23 września, kiedy to przeprawili się pierwsi Polacy z Driel, żołnierze rzutu szybowcowego (przede wszystkim artylerzyści), zwykle walczący w małych grupkach, podporządkowani odcinkowi obrony Hotelu „Hartenstein” (kwatera główna 1. DPD) współpracowali z brytyjskimi sojusznikami broni.
Dwie grupy polskich spadochroniarzy, którym udało się przeprawić na brzeg północny (56 w nocy 22/23 września i ok. 150 w nocy 23/24 września), dało okrążonym Czerwonym Diabłom potężny zastrzyk morale. Nadchodzące posiłki, choćby nieliczne, zawsze dają nadzieję na zwycięstwo. Witały ich radosne okrzyki Brytyjczyków „Poles are coming” (Polacy nadchodzą). Polacy luzowali Brytyjczyków w okopach i zajmowanych domach, dawali im papierosy, żywność. Razem, nieraz w tych samych dołkach strzeleckich, dzielili się kończącą amunicją czy też medykamentami. O polityce, ewentualnych napięciach „na górze” co do przeznaczenia i podporządkowania samodzielnej brygady nie było mowy. W warunkach wojennej niedoli współpraca pod naporem nieprzyjaciela okazała się wręcz niezbędna. Nierzadko na migi (angielski znali w formie komunikatywnej przeważnie tylko oficerowie, rzadziej podoficerowie i szeregowi), półsłówkami porozumiewano się.
Wreszcie, gdy w nocy z 25 na 26 września przyszło do przeprawy odwrotowej na drugą stronę Renu, Polacy, mniej zmęczeni niż żołnierze 1. DPD, posiadający nieco więcej sił i amunicji, dostali rozkaz wycofania jako ostatni i osłony odwrotu, który wykonali dobrze.
Generalnie, niewielka, kilkusetosobowa grupa Polaków nie zawiodła sojuszników w Oosterbeek. Również Brytyjczycy powierzali polskim spadochroniarzom odpowiednie zadania, doceniając ich pomoc i zaangażowanie. Obie strony razem, dzielnie stawiały czoła wrogowi. Poza incydentem związanym z zamieszaniem na lądowisku 19 września, współpraca układała się jak najbardziej poprawnie. Trudno w źródłach odnaleźć jakieś wzajemne skargi, zarzuty. Wręcz przeciwnie- ciepłe, przyjacielskie słowa przeplatają się ze zwięzłymi meldunkami o taktycznym współdziałaniu.


Jednostki XXX Korpusu brytyjskiego

Polscy spadochroniarze byli pierwszymi żołnierzami operacji „Market” zrzuconymi na najbardziej wysuniętym na północ odcinku w rejonie Arnhem, z którymi połączyły się siły lądowe operacji „Garden”.
22 września, wykorzystując poranne zamglenie do Driel dotarł zwiad czterech samochodów pancernych i czterech samochodów rozpoznawczych 2. pułku Household Cavalry. Do dziś ich współdziałanie z Polakami budzi wiele kontrowersji. Ledwo bowiem wjechali do Driel, Niemcy rozpoczęli natarcie. Generał Sosabowski skierował wozy brytyjskie do ataku, na co kawalerzyści odmówili, argumentując, że ich pojazdy przeznaczone są do rozpoznania, nie do walki. W obliczu ataku niemieckich ciężkich sił pancernych lekko opancerzone i uzbrojone tylko w lekki karabin maszynowy, a co najwyżej 2- funtowe działko kal. 37 mm istotnie niewiele by zdziałały. Mogły zostać za to zniszczone, a ich celem było rozpoznanie sytuacji nad Renem i utrzymywanie kontaktu z XXX Korpusem, bardzo istotne wobec paraliżu łącznościowego. Z drugiej strony, sama obecność broni pancernej, choćby lekkiej, mogła zadziałać odstraszająco na Niemców. Niechęć Brytyjczyków może tłumaczyć również incydent z poranka, kiedy to nadjeżdżające rozpoznanie Household Cavalry zostało ostrzelane przez żołnierzy 1. SBS. W każdym razie- relacje są sprzeczne. Nie wiadomo, czy zwykle surowy i wymagający gen. Sosabowski nie zaczął rozporządzać młodszymi co prawda stopniem oficerami brytyjskimi. A może wzięła górę podręcznikowa metoda prowadzenia wojny przez gwardzistów?
Następni do polskiej brygady docierali piechurzy z 5. batalionu Duke of Cornwall`s Light Infantry oraz czołgi 4/7 pułku Royal Dragoon Guards. Polacy podzielili się odcinkami obrony z sojusznikami.
24 września do Driel przybył dowodzący XXX Korpusem gen. Brian Horrocks. Wizyta tak wysokiego rangą dowódcy podniosła żołnierskie morale. Zaprosił gen. Sosabowskiego na odprawę korpusu do Valburga.
Co tak naprawdę wydarzyło się na tej odprawie, nie wiadomo. Wiadomo tylko, że miała nerwowy przebieg. We wszystkich polskich publikacjach brytyjscy dowódcy, zwłaszcza Horrocks, gen. Ivor Thomas dowodzący 43. Dywizją Piechoty Wessex (pod jego rozkazy przeszła 1. SBS po połączeniu się z XXX Korpusem), a także brygadierzy przedstawieni są w negatywnym świetle. Literatura brytyjska prezentuje wydarzenia z Valburga bardzo różnie- od przemilczenia, poprzez trzeźwy opis wydarzeń i dyskusji Brytyjczyków z Polakiem, po krytykę opieszałego, cynicznego i kapryśnego gen. Thomasa.
Na odprawie poruszono kwestie dalszych działań- przeprawy 4. batalionu Dorsetshire Regiment i oddziałów polskich. Rozwiązanie to nie podobało się Sosabowskiemu, który słusznie uważał, że jedynie zmasowane forsowanie siłami Wessexu i 1. SBS może uwolnić Czerwone Diabły z okrążenia. Jego upór nie spodobał się wyższym oficerom brytyjskim. Mało tego, Thomas operacyjnie rozkazał Polakom przejść pod komendę młodszego brygadiera ze swojej dywizji. Jeśli faktycznie miało miejsce, było to sprzeczne z regulaminem jakiejkolwiek armii. Zwłaszcza dla oficera tak zdecydowanego, upartego, no i przywiązanego do regulaminów, jak Sosabowski musiało być nie do zniesienia. Jeżeli wierzyć polskim relacjom, Thomas zamiast zwracać się wprost do polskiego generała, rozmawiał z brytyjskim oficerem łącznikowym przy 1. SBS, ppłk. Stevensem. Być może całą przykrą sytuacją spowodowało zderzenie dwóch odmiennych, kontrowersyjnych osobowości. A do takich należał nie tylko Sosabowski, ale i Thomas.
Mimo wcześniejszego, bardzo pozytywnego wrażenia wyniesionego ze spotkania z Horrocksem, polski generał i oficerowie XXX Korpusu rozstali się w raczej nieprzyjemnej atmosferze. Ze względu na upływ czasu, a z nim odchodzenie z tego świata naocznych świadków, oraz trudną dostępność niektórych archiwów brytyjskich, trudno będzie jednoznacznie odtworzyć przebieg odprawy w Valburgu z 24 września 1944 roku.


Amerykańskie dywizje powietrzno desantowe

Polskie pododdziały, które nie zostały zrzucone razem z głównymi siłami 1. SBS 21 września pod Driel (z powodu złej pogody zawróciła część samolotów), skakały 23 września pod Grave w strefie amerykańskiej 82. Dywizji Powietrzno Desantowej All American, razem z ostatnim rzutem szybowcowym tejże dywizji. Około 560 Polaków pod komendą dowódcy I. Batalionu spadochronowego, majora Tonna, zdesantowało się nad lądowiskiem amerykańskich szybowców. Działając pod rozkazami gen. Jamesa Jumpin` Jima Gavina, dowódcy dywizji, Polacy osłaniali koncentrację, a później marsz artylerii dywizyjnej na stanowiska ogniowe. Powojenne wypowiedzi tego znakomitego dowódcy bardzo dobrze świadczą o Polakach.
W All American, jak sama nazwa mówi, rekrutującej żołnierzy ze wszystkich stanów amerykańskich, służyło również wielu spadochroniarzy polskiego pochodzenia. Zetknęli się z nimi żołnierze 1. SBS. Poprosiliśmy, czy by nas nie podwieźli swoimi jeepami- byliśmy obładowani ekwipunkiem i czekał nas długi marsz do Driel. Łamaną polszczyzną odpowiedzieli: chcieliście tej wojny, to sobie na niej zapier...
Jeżeli chodzi o 101. Dywizję Powietrzno Desantową Screamin` Eagles, nasi spadochroniarze mieli z nią znacznie mniej kontaktu, bowiem działali w innym obszarze operacyjnym. Jednakże w książce Davida Webstera pojawia się o nich wzmianka: Polscy spadochroniarze w szarych beretach pilnowali mostu na kanale Maas- Waal kilka kilometrów dalej, gdy tamtędy przejeżdżaliśmy. Okopani po obu stronach małego, wiszącego mostu Polacy, którzy byli wspaniałymi ludźmi i znakomitymi żołnierzami, strzegli przeprawy przed atakiem niemieckich spadochroniarzy. Machali do nas radośnie, kiedy ich mijaliśmy, wykrzykując pozdrowienia.
Pozostałe kontakty 1. SBS ze Screamin` Eagles miały miejsce już po zakończeniu operacji.


Zakończenie

Jak już wspomniano na wstępie, praca ta nie jest wnikliwym studium nad relacjami polsko- alianckimi na wszystkich szczeblach podczas działań wojennych w Holandii we wrześniu 1944 roku. Wydaje się jednak, że chociażby po tak krótkim na to zagadnienie spojrzeniu wyłania nam się obraz stosunków między 1. Samodzielną Brygadą Spadochronową, a jej towarzyszami broni. Jaki jest ten obraz?
Nie odbiega raczej od spotykanego w zasadzie na wszystkich frontach II wojny światowej, a nawet w całej historii wojen. Zawsze bowiem, gdy przychodzi do sojuszy, na polu walki równie często, jak akty braterstwa, zdarzają się pomyłki, wzajemne oskarżenia, a czasami nawet wrogość. I w „Market – Garden” było podobnie. Generalnie raczej przyjacielskie relacje między szeregowymi, podoficerami, oficerami młodszymi przeplatały się z aktami ślepej furii. A i na najwyższym szczeblu dowodzenia mamy pełen przekrój: od szacunku po zniewagi. Można rzec, że biorąc pod uwagę omawiane kryterium wypada polska brygada lepiej od swej „większej siostry” walczącej na tym samym teatrze działań wojennych, 1. Dywizji Pancernej, przez aliantów w Normandii uważanej wręcz za niesubordynowaną.
Mając na względzie stres pola walki, zamieszanie i chaos na nim panujące, pozostając nie bez znaczenia na ludzkie zachowania, trzeba powiedzieć, że tak Polacy, jak Brytyjczycy i Amerykanie starali się współdziałać zgodnie z założeniami, a czasami nawet poza nie wykraczając, jak choćby w „kotle” Oosterbeek. Cieniem kładzie się tu jedynie odprawa w Valburgu; zaryzykować można stwierdzenie, że była ona niejako pochodną narastającego przed operacją konfliktu na linii Sosabowski- Browning oraz preludium tego, co z polskim generałem miało stać się później. Ale to już temat wymagający znacznie obszerniejszego opracowania, które miejmy nadzieję wcześniej czy później się w Polsce ukaże.


Michał Różyński 2006


P.S. Ze względów technicznych nie ma tu przypisów. Jeżeli by ktoś chciał, mogę mu przesłać uzupełnioną Wordowską wersję wraz z bibliografią.
Hit first. Hit hard. Keep on hitting.
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 1424
Rejestracja: czw 30 mar, 2006 3:34 pm
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: Grzegorz »

Parę bardzo luźnych uwag "okołoreferatowych"/"okołoSBSowych".

1. Wielkie gratulacje Michale za świetny artykuł na Infolotnicze.pl nt. przerzutu 1. SBS do Holandii. Mam na myśli ten tekst:
https://www.infolotnicze.pl/2012/03/18/ ... -lotniczy/
Jest to najlepszy tekst o fazie od "marshalling area" do lądowania w Holandii, jaki kiedykolwiek widziałem.

2. Jest to taki przypadek "sojuszników" w skali mikro, ale w najnowszej dylogii na temat 101. DPD w operacji M-G niezmiernie, naprawdę niezmiernie liczyłem na jakieś choćby jedno zdjęcie ze spotkania naszych z kompanią E 506th PIR przy moście na Kanale Maas-Waal. Jest w tej dylogii aż 1279 zdjęć i różnego rodzaju ilustracji, ale jak na złość nie trafiło się nic z tego polsko-amerykańskiego spotkania opisanego niegdyś przez jego amerykańskiego świadka z kompanii E. Trzeba czekać. Może coś gdzieś kiedyś wypłynie, bo nie takie cuda się zdarzają.

3. W środowisku rekonstruktorów 1. SBS jest taka "ballada o złym Holendrze", co to jest jak Yeti - wszyscy o nim słyszeli, ale nikt go jeszcze nie widział. W myśl tej ballady "zły Holender" ma ponoć jakieś tysiące zdjęć naszych ludzi z 1. SBS w Holandii, ale nie chce ich pokazać a tym bardziej udostępnić. Zawsze nie bardzo chciałem w ten mit wierzyć, ale po ukazaniu się 17 września br. wspomnianej olbrzymiej dylogii o 101. DPD autorstwa Belga i Holendra spokorniałem i moja myśl natychmiast poszybowała do ballady o "złym Holendrze" propagowanej szczególnie przez jednego polskiego rekonstruktora 1. SBS. Po ujrzeniu tego dwutomowego dzieła teraz już wierzę przynajmniej w jedno - Holendrzy faktycznie napstrykali dużo zdjęć wyzwalających ich alianckich spadochroniarzy. To nakazuje zastanowić się, czy faktycznie nie istnieje jakiś Holender, który może mieć dużą ilość zdjęć naszych ludzi? Co do cech charakterologicznych tego mitycznego Holendra typu "pies ogrodnika" już się nie wypowiadam, bo to ciągle jednak nie wiadomo, ile w tym wszystkim jest prawdy?

Pozdrowienia

Grzegorz
Awatar użytkownika
Mike
Marszałek
Posty: 12005
Rejestracja: ndz 10 paź, 2004 10:29 pm
Lokalizacja: Poznañ

Post autor: Mike »

Grzegorz pisze:1. Wielkie gratulacje Michale za świetny artykuł na Infolotnicze.pl nt. przerzutu 1. SBS do Holandii. Mam na myśli ten tekst:
https://www.infolotnicze....spekt-lotniczy/
Jest to najlepszy tekst o fazie od "marshalling area" do lądowania w Holandii, jaki kiedykolwiek widziałem.
Dziękuję za słów miłych garść! Dodam jednak, że ideał to nie jest-ale, że na bezrybiu i jak ryba... Bo przecież ten aspekt polskiego udziału w "Market-Garden" szczególną atencją badaczy nie cieszył się zwykle.
Grzegorz pisze:Po ujrzeniu tego dwutomowego dzieła teraz już wierzę przynajmniej w jedno - Holendrzy faktycznie napstrykali dużo zdjęć wyzwalających ich alianckich spadochroniarzy. To nakazuje zastanowić się, czy faktycznie nie istnieje jakiś Holender, który może mieć dużą ilość zdjęć naszych ludzi?
Archiwa "lokalne", że tak je określę, to wciąż często całkowicie dzikie, dziewicze łowisko. Analogię odnajduję w Normandii i Saint Omer, gdzie miejscowi miłośnicy historii wydobywają najróżniejsze fotografie oraz relacje, które w międzynarodowych, że tak to ujmę, publikacjach, rzadko wypływają na powierzchnię. Podobnie jest i w Polsce, ot choćby u nas w Poznaniu, gdzie dzięki serii "Festung Posen" świat dowiedział się o niejednej historii-mniejszej lub większej.
Dlatego też pewien jestem, że tak, we Francji, jak i w Belgii czy Holandii wciąż znajduje się sporo nieznanych zdjęć, a także wspomnień, z walk 1. Dywizji Pancernej oraz 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej.
Hit first. Hit hard. Keep on hitting.
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 1424
Rejestracja: czw 30 mar, 2006 3:34 pm
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: Grzegorz »

Mike pisze:Dziękuję za słów miłych garść! Dodam jednak, że ideał to nie jest...
Elegancko skromny jak zawsze :-)

Wszyscy wiemy, że napisanie idealnego tekstu na taki temat jest praktycznie niemożliwe, tym bardziej, że tutaj wszystko jest ciekawe – począwszy od faktu, czy Polacy okradali samoloty C-47 z takiego jednego specyficznego „pouchu” narzędziowego przymocowanego do ścianki kabiny pilotów (zmora USAAF – kradli ten „pouch” wszyscy spadochroniarze dowolnej narodowości, którzy raz weszli do C-47), poprzez fakt, że Polaków dowieziono nad Holandię z naruszeniem prawa lotniczego (co najmniej amerykańskiego, ale na pewno także brytyjskiego, bo chodzi tu o aspekt medycyny lotniczej), a skończywszy na fakcie, jak wyglądał manifest załadunkowy C-47 USAAF dla Polaków i czy różnił się od manifestu amerykańskiego dla obu DPD US Army w Market-Garden?

Napisałeś rzecz kapitalną, bo masz do tego talent, talent, talent i olbrzymie wyczucie tego, co jest ciekawe, co niesie dodatkowe treści między wierszami, jakie informacje są niespotykane w innych publikacjach najczęściej pisanych bez pojęcia, bez sensu, bez jakiejkolwiek wiedzy o czymkolwiek co lotnicze lub spadochroniarskie. Wystarczy spojrzeć na publikacje doktora historii mieniącego się „historykiem 1. SBS” i na Twój artykuł, aby wiedzieć, o czym tu piszę. Nawet jeśli nie masz wiedzy specjalistycznej z zakresu lotnictwa, to masz wspaniałą intuicję, aby wymieniać parametry, z których czytelnicy lub kolejni badacze historii wyniosą wartość dodaną.

Przykład? Napisałeś, że 1. SBS została dowieziona nad Holandię na wysokości 3000 m. Jest to bardzo ważna informacja. Czyli SBS została dowieziona z pogwałceniem amerykańskich (ale też wszelkich innych międzynarodowych) przepisów. Oznacza to, że polscy spadochroniarze już na starcie do Market-Garden wyskakiwali wymordowani niedotlenieniem. O co chodzi? O to, że odkąd istnieje aeronautyka, to w każdym prawodawstwie lotniczym świata jest surowy nakaz zakładania masek tlenowych od wysokości 3000 metrów. W USAAF czy się pilotowi podobało, czy nie, to w każdym samolocie był automat, który jak tylko poczuł, że samolot jest na wysokości 10 000 stóp (czyli 3048 m) to automatycznie włączał dopływ tlenu do maski. I tu pytanie – a co się niby miało włączyć dla polskich spadochroniarzy? Ano nic, i dlatego bractwo musiało się podduszać w rzadkim powietrzu, a na to prawo nie zezwala i nikt tak podczas II wojny nie latał z desantowcami, bo nie było wolno. Masek tlenowych dla spadochroniarzy przecież wtedy nie było. Amerykanie krótko (w 1942) kombinowali nad takim rozwiązaniem, ale dali sobie spokój, bo C-47 z tlenem dla wszystkich na pokładzie mógłby zabrać zaledwie kilku spadochroniarzy, co było oczywiście nieekonomicznym absurdem.

I tak dalej. Fajnie to napisałeś. Gratulacje.
Awatar użytkownika
Grohl
Administrator
Posty: 1320
Rejestracja: pt 31 mar, 2006 2:53 pm
Lokalizacja: Szamotu³y/Poznañ
Kontakt:

Post autor: Grohl »

Czytając powyższe posty, mimo swego przekonania, o wysokiej wartości merytorycznej tekstu Michała ciśnie mi się na usta nieśmiertelne "Łubu dubu, łubu dubu...". ;-)

A na poważnie, to miło Cię znowu Grzegorzu widzieć na forum!
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 1424
Rejestracja: czw 30 mar, 2006 3:34 pm
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: Grzegorz »

Grohl pisze:Czytając powyższe posty, mimo swego przekonania, o wysokiej wartości merytorycznej tekstu Michała ciśnie mi się na usta nieśmiertelne "Łubu dubu, łubu dubu...". ;-)
Jak się łubu dubu należy, to normalnie po ludzku trzeba to robić :-) :-) :-)

A w tym przypadku się należy. Ja przecież siedzę w tych samych tematach typu airborne, więc potrafię ocenić i docenić rzeczy dobre i nietuzinkowe. Michał dał ludziom masę radości tym tekstem, ja tak przynajmniej uważam. Kupa luda ugania się nieraz za numerami samolotów, które coś zrobiły w historii, a to rzadko wiadomo coś o takich numerach. A tu Michał podał usaafowskie seriale C-47, które wiozły Polaków. Ja takich właśnie tekstów oczekuję a nigdy wcześniej ich nie widziałem. A takie seriale to podstawa do dalszych badań nad różnymi rzeczami.

Gdyby tak na przykład znać seriale dwóch C-47 USAAF, które się zderzyły nad Tinwell i nazabijały naszych spadochroniarzy, to można by sprawdzić, czy te samoloty były pilotowane przez pojedynczych pilotów (wbrew amerykańskiemu prawu), czy przez normalną załogę pilot/co-pilot? USAAF na ETO nieustannie łamał amerykańskie prawo i dwustery były pilotowane przez pojedynczych pilotów, których przerastały zadania na pokładzie rozpisane przecież na dwóch pilotów. I dlatego się zderzali ze sobą, gdy inni alianci się nie zderzali. JAG powinien powywieszać takich łamaczy prawa, a stało się odwrotnie - wszyscy się poodznaczali. Ale to już inna historia. Tak, czy siak, Michał naprawdę miał pomysł na ten artykuł, czego się nie da powiedzieć o innych publicystach od 1. SBS.
Grohl pisze:A na poważnie, to miło Cię znowu Grzegorzu widzieć na forum!
Też się cieszę... :-)

Serdecznie pozdrawiam

Grzegorz
Awatar użytkownika
Mike
Marszałek
Posty: 12005
Rejestracja: ndz 10 paź, 2004 10:29 pm
Lokalizacja: Poznañ

Post autor: Mike »

Grzegorz pisze:Gdyby tak na przykład znać seriale dwóch C-47 USAAF, które się zderzyły nad Tinwell i nazabijały naszych spadochroniarzy, to można by sprawdzić, czy te samoloty były pilotowane przez pojedynczych pilotów (wbrew amerykańskiemu prawu), czy przez normalną załogę pilot/co-pilot?
Poszukam, ale niczego nie obiecuję :) Może gdzieś to jest.
Hit first. Hit hard. Keep on hitting.
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 1424
Rejestracja: czw 30 mar, 2006 3:34 pm
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: Grzegorz »

Michał,

Już niczego nie szukaj. Prawie wszystko już wiadomo - jak nie kochać internetu?

Jak tylko skończyłem pisać mój post to mi strzeliło do głowy, że trzeba by coś sprawdzić tu i ówdzie w necie i ewentualnie zrobić twórczą prowokację - walnąć w stół i poczekać, jakie nożyce się odezwą :-) I się odezwały.

Ponieważ jestem forumowiczem takich świetnych forów, jak 12 O'Clock High (gdzie udziela się dakotowy guru David Isby) oraz ArmyAirForces.com, gdzie udzielają się wszyscy usaafowscy guru, to najpierw sprawdziłem, czy znane są s/n tych nieszczęsnych C-47 znad Tinwell, a gdy się okazało, że są znane, to poszedłem dalej i zapytałem o całą tragedię otwartym tekstem.

No i tu jest wyjaśnienie prawie wszystkiego z wyjątkiem jednego - dlaczego jeden pilot wrąbał się śmigłem w innego C-47. Ale tego już się nie dowiemy.
http://forum.armyairforces.com/tm.aspx?high=&m=226393

Okazuje się, że jeden US gość przeżył tę katastrofę, bo stał w drzwiach i go wyrzuciło na zewnątrz w momencie kolizji samolotów. I widać także, że tym razem Amerykanie nie złamali prawa - załogi obu C-47 były kompletne. Wszystko zresztą widać w tym wątku, jaki założyłem na ArmyAirForces.com.
Awatar użytkownika
Mike
Marszałek
Posty: 12005
Rejestracja: ndz 10 paź, 2004 10:29 pm
Lokalizacja: Poznañ

Post autor: Mike »

Grzegorz! To jest wspaniały kąsek, na który polowałem dobrych kilka lat. Tinwell jest bowiem jednym z bardziej znanych i dramatycznych zarazem aspektów historii 1. SBSpad.
Zdarzenie to nie pozostało bez wpływu na kształt brygady w przededniu bitwy arnhemskiej. To Tinwell właśnie, razem z nadwyrężonymi na skutek zintensyfikowanego szkolenia stanami osobowymi, okazało się przysłowiowym gwoździem do trumny dla 4 batalionu spadochronowego.
Hit first. Hit hard. Keep on hitting.
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 1424
Rejestracja: czw 30 mar, 2006 3:34 pm
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: Grzegorz »

Mike pisze:Grzegorz! To jest wspaniały kąsek...
Bo to jest czas wspaniałych kąsków. :-)

Czytam teraz najnowszą, jeszcze gorącą, książkę Petera van der Lindena pt. „Kampina Airborne”, w której jednym z głównych bohaterów jest ppor. Janusz Szegda (oficer łącznikowy 1. SBS przy 1. DPD) i co ja czytam? Że Szegda był uzbrojony w Thompsona i że posłużył się nim pod wsią Bergenshuizen ubijając co najmniej dwóch übermenschów patrolujących tę okolicę. Autor tej książki jest na tyle drobiazgowy i rozmiłowany w temacie Market-Garden, dogrzebał się tylu różnych a nietuzinkowych rzeczy na temat M-G, że byłbym skłonny mu zaufać. W Polsce różni guru od 1. SBS twierdzą, że nikt nie poleciał do Holandii z Thompsonem.

Hę...? :-)


PS.

Recenzja tej znakomitej książki w przyszłym tygodniu na Infolotniczym.
Awatar użytkownika
KR48
Posty: 152
Rejestracja: ndz 05 kwie, 2009 8:31 pm
Lokalizacja: Francjia

Post autor: KR48 »

Witam ;

Jak muwi Jean Gabin " sie wie , sie wie az sie dowie ze sie nic nie wie " .

Szybowiec Szegda spad nie daleka od Tilburg w Niemieckiem sektoru nie daleko linie 82 ABN .
Zniem nawet byli Amerykany od 82' .... Right ???
Tak ze moze lepiej sie zainteresowac gdzie on dostal ta thompsona ??? Czy juz ja mial jak ladowal z Anglii albo mial ta bron jak ladowal przez wypadku w niemieckiech lini ???

Tak samo jest wiedziec ile PM Patchet byli uzywane w czasi operacji M.G i widziec ich na zdjecie oproc w rekach SAS .
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 1424
Rejestracja: czw 30 mar, 2006 3:34 pm
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: Grzegorz »

Witam!

Jean Gabin człek niezwykły i przeze mnie uwielbiany, a więc jeśli tak powiadał, to znaczy, że tak jest. :-)

Oczywiście, że na 100 procent nie można dziś powiedzieć, że Szegda wystartował z bazy RAF Keevil będąc uzbrojonym w Thompsona, bo w ogóle niewiele da się powiedzieć o 1. SBS na 100 procent przy tym, jak się traktuje do tej pory historię tej brygady. Niech się dalej polskiemu społeczeństwu wmawia w mediach i wszędzie indziej, że 1. SBS była rzekomo szykowana do skoku w Polsce, to na pewno na takich kłamstwach i niedorzecznościach daleko zajedziemy.

Ale w przypadku ppor. Janusza Szegdy jest jeszcze coś takiego, jak logika i uważne czytanie książki „Kampina Airborne” oraz oglądanie jej zdjęć. I jest jeszcze coś takiego, jak selekcja negatywna faktów. O Szegdzie jest w tej książce wystarczająco dużo napisane, aby móc dokonać selekcji negatywnej i stwierdzić, od kogo nie mógł dostać Thompsona, ani komu nie mógł go zabrać. Z szaleńcami, czy dezerterami też nie miał do czynienia, aby mu ktoś zrobił prezent w postaci swojego Thompsona. Do chwili, gdy Szegda starł się ze szkopskim patrolem pod Bergenshuizen i gdy (wg autora) użył Thompsona to w jego obecności nie zginął ani jeden aliancki żołnierz, a więc nie mógł też zabrać Thompsona zmarłemu żołnierzowi.

Na podstawie tego, co jest o nim napisane, to – moim zdaniem – na 90-95 procent można powiedzieć, że jednak Janusz Szegda wystartował z Keevil dzierżąc w dłoniach Thompsona. Na pewno nie dostał go od pilotów szybowcowych USAAF, z którymi miał kontakt, a którzy tak jak on lądowali przymusowo w jego rejonie. Jak na złość są „partyzanckie” zdjęcia tych pilotów z lasu De Kampina i wszyscy oni trzymają w dłoniach swoje Thompsony. Nikt wśród tych alianckich „partyzantów” z lasu De Kampina nie pozbywał się ani munduru, ani jakiejkolwiek części wyposażenia i uzbrojenia, a więc nie byłoby nawet po kim „odziedziczyć” Thompsona.

Pozdrawiam

Grzegorz
Awatar użytkownika
KR48
Posty: 152
Rejestracja: ndz 05 kwie, 2009 8:31 pm
Lokalizacja: Francjia

Post autor: KR48 »

Witam ;

Zgadzam sie i to jasne Grzegorz !

A co o guru to moge tylko powiedziec ze moze lepiej ze tak powiedzieli bo juz tutaj widze wiele rekonstrukterow z thompsonow w rekach !!!

Jak i dla innych jednostki zostaja wiele pytanie , nawet jak sie slucha weteranow to mozna sie dowiedziec o rzeczy ktore nie sa napisane w ksiazkach , naj wiecej dla spadochroniarze ktore byli z Anglikami lub Amerykanami .

Ale mam co szukac teraz ;-)
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 1424
Rejestracja: czw 30 mar, 2006 3:34 pm
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: Grzegorz »

Jak obiecałem wcześniej, pozwoliłem sobie zrecenzować książkę „Kampina Airborne”.

Więcej na https://www.infolotnicze.pl/2013/02/20/ ... -recenzja/

Od autora książki dostałem też link do filmiku:
https://www.infolotnicze.pl/2013/02/20/ ... ina-video/

„Kampina Airborne” jest publikacją niskonakładową wydaną prywatnie. Książka dostępna jest wyłącznie w kilku holenderskich księgarniach oraz za pośrednictwem autora. Miło widzieć, że wartościowe publikacje ukazują się także w offowym ruchu wydawniczym.
ODPOWIEDZ